Janusz Lewandowski przekazał informacje, że jego unijna komisja pracuje nad wprowadzeniem nowego podatku, który oprócz obecnych składek, byłby w stanie zasilić europejski budżet kwotą rzędu dodatkowych 30-40 mld euro.
Kto ma pieniądze, ten ma władze. Nie należy dziwić się zatem, że politycy mają ochotę wydawać coraz więcej naszych pieniędzy. Należy się jednak temu zdecydowanie sprzeciwiać, zanim pomysły zostaną wdrożone w konkretne porozumienia.
Trochę dziwi wyczucie czasu europosła Janusza Lewandowskiego, gdyż aktualnie państwa członkowskie EU poszukując środków na finansowanie deficytów budżetowych sięgają głębiej do kieszeni podatników. Nie można zatem zakładać, że w takich okolicznościach obywatele nie zauważą tych dodatkowych kilku procent ściąganych bezpośrednio z VAT, transakcji kapitałowych, czy akcyzy. Po reakcji, niezbyt przychylnej największych płatników do unijnej kasy, można się domyślać, że skutkiem tych deklaracji będzie rozciągnięcie prac nad podatkiem o wiele lat, a krótkofalowo taka debata z pewnością nie przysporzy poparcia dla EU, gdyż obecnie przeciętny podatnik nie za bardzo wie w jaki sposób bezpośrednio dorzuca się do składki członkowskiej, płaconej przez poszczególne kraje.
Podatek ten jednak w końcu się pojawi, ponieważ biurokracja może domagać się większych praw w czasie pracy, a przy kulawej reprezentacji politycznej, zwykli obywatele mogą się temu przeciwstawiać jedynie w czasie wolnym. Co to w praktyce będzie oznaczać? Otóż największym nieszczęściem dzisiejszych podatków, jest fakt, że w przytłaczającej większości nie są one najlepiej wydawane przez organizacje państwowe, czy “wielopaństwowe”. Obieg środków jest kosztowny przy poborze i często mało racjonalny przy wydatkowaniu. Wystarczy tylko spojrzeć na część projektów unijnych, które w samych swoich założeniach są absurdalne. Nie należy przy tym wydawać tych środków z większą uwagą, lecz zdecydowanie ograniczyć tą formę subwencjonowania przemian społeczno – gospodarczych w EU do spraw faktycznie użytecznych, takich jak: budowa dróg, szybkich kolei, ochrona granic, modernizacja szkół i urzędów. Dlaczego zatem dotychczas tego nie obserwujemy?
Wolny rynek jest bardzo efektywną formą redystrybucji dóbr, jednak ma pewną wadę – jego uczestnicy zawsze mają skłonność do budowania karteli, monopoli i tworzenia wszelakich zmów cenowych. W tym miejscu zazwyczaj na białym koniu pojawia się instytucja państwowa i mówi: o nie, nie, nie! Tak się bawić nie będziemy. Zabiera klocki (aktywa) złym monopolom i na ogół tasuje je pomiędzy pozostałych uczestników rynku. Jeśli ktoś podskakuje, dostaje w pysk (duża kara finansowa i brak zamówień ze strony rządu). Ten układ działa z większymi, lub mniejszymi problemami od dziesięcioleci, jednak prowadzi nas to do pytania – kto reguluje monopole państwowe? W zdrowej demokracji byłby to rynek, czyli wyborcy. Ale czy na rynku partii politycznych panuje wolny rynek? Otóż nie. Wyborcy często nie mają partii, która reprezentowałaby ich interesy i są skazani na wybieranie mniejszego zła. Jeśli spojrzymy na dwie ostatnie dekady demokracji w Polsce, zaobserwujemy wyraźnie gdzie nas prowadzi finansowanie partii z pieniędzy publicznych. To w ekonomii nazywa się bariera wejścia na rynek. Na rynek, który niestety znacząco zmienił się na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci w elitarny, a co może najważniejsze, drogi klub.
